niedziela, 20 stycznia 2013

Pod prąd


Poszukiwania genealogiczne – wyprawa pod prąd. Czas niesie kolejne pokolenia. My próbujemy iść wstecz, wbrew chronologii: z teraźniejszości w przeszłość. Coraz dalej...

Udało się! Po kilkunastu miesiącach wspólnych poszukiwań dwie rozrośnięte gałęzie rodzinne – Małgosi Nowaczyk i moja – połączyły się. Kazimierz Rogalski alias Rogal urodzony w 1755 r. w Grzebienisku w parafii Ceradz Kościelny – trzykrotnie żonaty i posiadający dziesięcioro dzieci – jest naszym wspólnym przodkiem.
Wielodzietność rodzin oraz znaczna rozpiętość wiekowa między rodzeństwem sprawiły, 
że znaleźliśmy się z Małgosią na różnych poziomach pokoleniowych.
Rys. M. Witaszek.

Od początku było jasne, że nasze linie wywodzą się z jednego pnia. Przez dłuższy czas wydawało się jednak, że dowodów na to nie znajdziemy. Zawiłości w nazwiskach w księgach parafialnych, mnogość małżeństw, powtarzalność imion w jednej rodzinie i – wreszcie – wybrakowanie ksiąg stworzyły mur, zdawało się, nie do przebicia. W którymś momencie pogodziliśmy się z tym, że choć jesteśmy rodziną, to stopień naszego pokrewieństwa na zawsze już pozostanie niejasny. 

Konfiguracji, w których można było dopasować oba drzewa, było wiele. Każdy układ wydawał się potencjalnie możliwy. W wielodzietnych chłopskich domach rozpiętość między najstarszym a najmłodszym dzieckiem bywała tak duża, że bardzo trudno nam było określić nawet poziom pokoleniowy danej osoby. Mateusz, od którego przez dłuższy czas wyrastała moja gałąź, mógł być potomkiem Kazimierza, ale równie dobrze jego kuzynem. Ostatecznie okazał się być jego wnukiem.

Początki wiązania obu linii rodzinnych sięgają stycznia 2011 r. Zaczęło się od książki Małgosi Nowaczyk Poszukiwania przodków. Genealogia dla każdego. Trafiłem na nią raczej przypadkiem, wypożyczając w lokalnej bibliotece. W środku – miła niespodzianka. W jednym z rozdziałów Małgosia pisze o pochodzącej z wielkopolskiej parafii w Ceradzu Kościelnym rodzinie swojej prababci, Mariannie z Rogalskich Nowaczyk. Czytając ten fragment, czułem, że mam przed sobą opis moich dalekich krewnych. Książka stała się jednocześnie pretekstem, by odwiedzić miejscowość, z której pochodzili Rogalscy. Na tamtejszym cmentarzu znalazłem nawet kilka grobów osób o tym nazwisku.

O Ceradzu Kościelnym, jako parafii moich przodków, dowiedziałem się zaledwie kilka lat wcześniej, przeszukując księgi metrykalne. Wśród moich notatek zrobionych w archiwach znalazłem uwagę o chrzcie Marianny Rogalskiej, prababci Małgosi. Zapisując jej nazwisko, powiązania wprost z moją rodziną nie było. Z pozoru nieistotna informacja po latach okazała się niezwykle cenna.

Wkrótce drogą mailową wymieniliśmy się z Małgosią zebranymi dotychczas danymi. Mieliśmy dwie rozbudowane linie Rogalskich wychodzące z jednego miejsca. Brakowało tylko łączącego je węzła.    

Równolegle próbowaliśmy rozwiązać zagadkę Rogalskich: Małgosia w Hamilton w Kanadzie, korzystając ze zmikrofilmowanych ksiąg parafialnych z zasobów Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich w Salt Lake City, ja – przeszukując w Poznaniu zbiory kościelnych i państwowych archiwów. Wkrótce zaczęliśmy się gubić w gąszczu nowych imion. Szybko  utknęliśmy w martwym punkcie. Obojgu nam zdawało się, że brakuje ceradzkich ksiąg metrykalnych z pierwszych lat XIX w., czyli z okresu gdy urodził się Mateusz, najstarszy ze znanych mi wówczas przodków. Tymczasem jedynie akt chrztu Mateusza mógł wyjaśnić, kim byli jego rodzice i jaka nić pokrewieństwa łączyła go z drugą linią Rogalskich.  

Dodatkowo narosło kilka innych problemów. W poszukiwaniach Małgosi spore zamieszanie wywołały trzy małżeństwa Kazimierza. Na wsiach żałoba po śmierci żony gospodarza długo trwać nie mogła. Czysto praktyczne pobudki, jak opieka nad dziećmi i domem, decydowały o w miarę szybkiej organizacji kolejnego ślubu. Stąd niekiedy trudno było rozpoznać, kto był rodzoną, a kto przybraną matką dzieci Kazimierza. Nawet proboszcz odnotowujący poszczególne wydarzenia rodzinne w parafialnych księgach mylił się w imionach żon Rogalskiego. Trudności nastręczały też imiona dzieci. Przykładowo: Kazimierz miał dwóch synów Wojciechów. Gdy pierwszy zmarł, urodzony kilka lat później chłopiec dostał imię brata. Taki przypadek nie był jedyny.   

W moich poszukiwaniach – problemy podobne. Nazwisko żony Mateusza, Józefy, zapisywano raz jako Wilczyńska, kiedy indziej – Grygier. Dokładnie analizując księgi metrykalne, można  było stwierdzić jednak, że jest to jedna osoba.

Po kilkunastu miesiącach, w lutym 2012 r., dotarłem ponownie do Archiwum Archidiecezjalnego w Poznaniu. W indeksie dostępnych mikrofilmów znaleźliśmy brakujące księgi z Ceradza Kościelnego. Jak mogliśmy wcześniej je przeoczyć? Do końca  nie wiemy. 

Powtórna wizyta w archiwum była punktem zwrotnym w poszukiwaniach. Akt chrztu Mateusza udało się odnaleźć. Urodził się on w 1808 r. jako syn Wawrzyńca i Reginy ze Stachowiaków, którzy pobrali się kilka miesięcy wcześniej. Akt chrztu Wawrzyńca z 1784 r., do którego w dalszej kolejności dotarliśmy, rozwiał wątpliwości: był on synem Kazimierza Rogalskiego i jego pierwszej żony Małgorzaty. Wojciech, przodek Małgosi, był o dwanaście lat młodszym przyrodnim bratem Wawrzyńca – z drugiego małżeństwa Kazimierza.

Wydawało się niemożliwe. Spotkaliśmy się jednak, idąc pod prąd. Nasze ścieżki się przecięły. Włożony wysiłek nie poszedł marne. Efekt wspólnej pracy widać na wykresie, łączącym obie linie rodzinne.  


środa, 9 stycznia 2013

Ciąg dalszy


Wielka szkoda, że moja babcia nie doczekała tej chwili. W rękach mam właśnie monografię Włodzimierza Dębskiego Było sobie miasteczko. Opowieść wołyńska. Teraz niestety zawarte w niej wspomnienia mogę skonfrontować jedynie z kilkoma zachowanymi dokumentami, świadectwami szkolnymi, zdjęciami i chaotycznymi zapiskami babci, sporządzonymi krótko przed jej śmiercią.

Kilkusetstronicowa książka Dębskiego jest kopalnią informacji na temat Kisielina i pobliskich miejscowości. Splata ze sobą dwa skrajne obrazy: przedwojennej koegzystencji środowisk różnych kultur i wyznań oraz napięć i wrogości, jakie narosły między nimi w czasie wojny. Moi przodkowie doświadczyli obu tych światów.

Kalenicowo stojący, nietynkowany budynek mieszkalny J. Kraszewskiego, a po jego śmierci – spadkobiercy Kołka”. To opis miejsca, w którym mieszkała babcia! Uzupełnia go dokładny plan osady. Dalej znajduje się więcej informacji o właścicielu domu, Stefanie Kołku – byłym policjancie, a później gajowym – jego żonie i dzieciach. Kołkowie „mieszkali w wielkim domu przy ul. Dębowieckiej. Jego połowę wynajmowali lokatorom (…)”. W latach trzydziestych moja babcia, jej siostra, brat i pradziadkowie Rogalscy należeli do wspomnianych lokatorów tej posiadłości...

Książka Dębskiego będzie doskonałym przewodnikiem na majowym wyjeździe do Kisielina.

piątek, 4 stycznia 2013

Wielogłosowość


Nigdy do końca nie zbliżymy się do przeszłej rzeczywistości. Oddzielać nas będą od niej zawsze nasze uczucia. Każda usłyszana relacja zmienia historię. Te same wydarzenia widzimy różnie, opowiadając zaś o nich, nadajemy im wciąż nowy wydźwięk, nowe znaczenie. W ten sposób obraz staje się wielowymiarowy, pełniejszy. Ma więcej odcieni – tyle, ile narratorów. Jego wartość natomiast wzrasta, gdy narratorzy są jednocześnie aktorami – uczestnikami wydarzeń, o których mówią. 

Wołyń. Tu swoje lata dorastania spędziła moja babcia, nieżyjąca już od kilku lat. Jej wspomnienia z tamtego okresu, zapiski, zdjęcia i dokumenty, które się zachowały, składają się jak kalki – jedna na drugiej tworzą spójny obrazek. Co prawda wciąż niedokończony. Dzięki kwerendzie prowadzonej przez Instytut Pamięci Narodowej dotarłem w zeszłym tygodniu do nieznanych mi dotąd materiałów, które rozwinęły kilka wątków historii rodziny na kresach wschodnich. Wśród nich znalazł się życiorys spisany przez mojego pradziadka, babci ojca. Wielogłosowość relacji zbliża do rzeczywistości.

Niestety babcia nigdy nie opowiedziała nam w pełni swojej historii z Wołynia. Jej wspomnienia były raczej wtrącane gdzieś mimochodem. Wtedy jednak, gdy je słyszałem, było mi je, jako kilkuletniemu dziecku, trudno zrozumieć w całości. Z jednej strony piękne opowieści o współistnieniu i bogactwie różnych narodowości, kultur i religii. O przyjaźniach między Polakami, Ukraińcami i Żydami. Z drugiej – wspominania trudne, związane z doświadczeniami wojny, które bolały jeszcze długo po jej zakończeniu. 

Ludobójstwa, pogromy. W licznych nagłych „przeprowadzkach” – wręcz ucieczkach z jednego miejsca na drugie – o których wspominała babcia, dopiero teraz potrafię zobaczyć oddźwięk masowych czystek etnicznych, zbrodni na Polakach, których dokonywano często przy współudziale miejscowej ludności ukraińskiej. Nierzadko dotychczasowi przyjaciele stawali się wrogami, walcząc przeciwko sobie. Obrona własnej ojczyzny jest zrozumiała. Ale trudno o akceptację bestialskich zachowań, wynikających wyłącznie z nacjonalistycznych pobudek. W kościele w Kisielinie, w którym oddziały Ukraińskiej Armii Powstańczej dokonały w 1943 r. mordu na 90 Polakach, moja babcia przystąpiła do pierwszej komunii. Bolesna zadra w jej pamięci wobec Ukraińców pozostała na zawsze. Trudno oceniać to komuś, kto sam takiej tragedii nie doświadczył.


Ruiny kościoła w Kisielinie, gdzie w 1943 r. doszło do zbrodni na ludności polskiej z rąk UPA.
Pod koniec lat 30. moja babcia przystąpiła tu do pierwszej komunii świętej.
Internet: http://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnia_w_Kisielinie.

Losy wojenne moich przodków na Wołyniu, podobnie jak wielu innych rodzin, do łatwych nie należały. Zarówno brat babci, jak i ojciec  o czym dowidziałem się z odnalezionego życiorysu  walczyli w oddziałach partyzanckich. Systematycznie przeprowadzano rewizje w ich mieszkaniu. W marcu 1944 r. pradziadek został zmobilizowany do Armii Polskiej. W 1945 r. został aresztowany za "wrogą agitację"  i skazany na 10 lat więzienia (jego historię opisywałem wcześniej). Strach o najbliższych towarzyszył mojej babci codziennie. 

Kisielin, Torczyn, Łuck, Pańska Dolina, Adamówka, Zabara. Obok – nazwiska właścicieli mieszkań, dokładne adresy. Przy niektórych osobach – krótki opis, charakterystyczna zapamiętana cecha osobowości, czasem podana narodowość. Tak zapisaną na jednej kartce historię z Wołynia zostawiła po sobie moja babcia.

Przeglądam obecnie strony internetowe na temat Wołynia. Na jednej z nich – plan Łucka z lat 30. XX w. Dzięki niemu mogę dokładnie zlokalizować mieszkanie rodziny babci: ulica Lubarta 1a, przy placu Katedralnym. Dotarłem też do szczegółowej mapy Pańskiej Doliny. Wśród zaznaczonych gospodarstw – posiadłość Dawidowiczów, u których mieszkała moja babcia wraz z rodzicami i rodzeństwem.



Łuck. Fragment planu miasta z 1937 r. 
Internet: http://www.lvivcenter.org/pl/umd/map/luck-1937.
Na ul. Lubarta 1a w czasie drugiej wojny światowej mieszkała moja babcia z mamą i siostrą.

Nigdy do końca nie zbliżymy się do przeszłej rzeczywistości. Niemniej jednak chciałbym do tych kilku relacji dołożyć swoje własną – udając się pod pozostawione przez babcię na kartce adresy i konfrontując obraz Wołynia, jaki w oparciu o dokumenty, pamiątki i wspomnienia powstał w mojej głowie, ze stanem faktycznym, dzisiaj. Na początek maja zaplanowałem wyjazd do Łucka i okolicznych miejscowości, w których mieszkali moja babcia i jej najbliżsi. Po zmianie granic i ich przyjeździe w 1945 r. do Szamotuł w Wielkopolsce nigdy już na Wołyń nie wrócili.

Genius loci – duch miejsca. Trzeba go doświadczyć, żeby lepiej zrozumieć historię.  

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Wyrok

„Dnia 18 lutego 1945 r. Wojskowy Sąd 1 Armii Wojska Polskiego ustalił na przewodzie sądowym, że oskarżony (…) publicznie, w obecności żołnierzy swojej jednostki, będąc zastępcą dowódcy kompanii do spraw polityczno-wychowawczych znieważał ustrój Państwa Polskiego, wychwalał rząd emigracyjny, czym popełnił przestępstwo przewidziane art. 103 KKWP. Na podstawie powyższych Sąd orzekł Józefa Rogalskiego syna Michała skazać (…) na karę więzienia przez lat dziesięć, (…) na karę pozbawienia praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na przeciąg lat trzech oraz na przepadek całego mienia (…).”

Piątek, 28 grudnia 2012 r. Po trwającej blisko rok kwerendzie Instytut Pamięci Narodowej udostępnił mi część dokumentów dotyczących pradziadka Józefa Rogalskiego, podoficera zawodowego, więźnia politycznego w latach powojennych, zmarłego w marcu 1946 r. podczas odbywania kary we Wronkach. W osłupienie wprawia tempo następujących po sobie wydarzeń: przesłuchanie w prokuraturze wojskowej, aresztowanie, niepodlegający apelacji wyrok sądu wojskowego, wreszcie – osadzenie w więzieniu. Kilkanaście dni, które na zawsze już boleśnie odcisnęły swoje piętno w historii rodziny.

Po prawie siedemdziesięciu latach od śmierci Józefa w moich rękach znalazły się dokumenty z jego procesu. Przed oczami mam nazwiska składu orzekającego, oskarżyciela, świadków, wreszcie – jego zwierzchnika-donosiciela. Wpatruję się w opinię lekarza więziennego, który jako przyczynę zgonu podał gruźlicę płuc i jelit. Co faktycznie kryje się pod tym stwierdzeniem? Przyglądam się wreszcie prośbie skierowanej do prokuratury o ułaskawienie pięciu więźniów z Wronek. Nazwisko mojego pradziadka zostało przekreślone – nie doczekał bowiem rozpatrzenia wniosku.

Przykre, że ani żona, ani żadne z trojga dzieci Józefa – wśród nich moja babcia, która zmarła w sierpniu 2004 r. – nie doczekali momentu odtajnienia materiałów z procesu. Nigdy nie poznali prawdy. 

piątek, 14 grudnia 2012

„Pozbawił się życia wystrzałem z rewolweru”


„W jednym z poznańskich komisariatów MO zgłoszono, że w mieszkaniu przy ul. Browarnej (…) znajduje się trup mężczyzny. Przybyła na miejsce milicja stwierdziła, że jest to niejaki Antoni Rogalski, zamieszkały tamże, który pozbawił się życia wystrzałem z rewolweru. Dalsze dochodzenie w celu ustalenia przyczyny samobójstwa w toku.”

Takiej treści artykuł znalazłem dzisiaj w archiwalnym wydaniu Głosu Wielkopolskiego z 10 stycznia 1948 r. Moją uwagę przykuł sensacyjny tytuł: „Pozbawił się życia wystrzałem z rewolweru”Wzmianka bez cienia wątpliwości dotyczy brata mojego pradziadka, którego historię próbuję od dłuższego czasu odtworzyć! Bezpardonowa dziennikarska demaskacja – upubliczniająca nazwisko i dokładny adres samobójcy – jest dla mnie dzisiaj miłą niespodzianką. 

Pomysł, żeby sprawdzić lokalne gazety przyszedł mi do głowy dopiero wczoraj. Poznańska biblioteka miejska przechowuje wszystkie archiwalne numery najważniejszych dzienników wielkopolskich. Liczyłem, że rodzina zamieściła nekrolog, informujący o śmierci brata mojego pradziadka, Antoniego. Datę zgonu  podobnie zresztą jak jego imię – poznałem zaledwie kilkanaście dni temu. Okoliczności, w jakich zakończył życie, były jedynie domysłem. Tymczasem natknąłem się dzisiaj na wiadomość, która rozwiała zupełnie moje wątpliwości i odsłoniła nowe fakty.

Ulica Browarna leży w poznańskim Antoninku. Trop był więc słuszny. Proboszcz tamtejszej parafii nie znalazł w księdze zgonów z 1948 r. Antoniego Rogalskiego. Samobójcza śmierć prawdopodobnie była powodem, dla którego odmówiono mu katolickiego pogrzebu. Teraz czekam na odpowiedź od zarządcy pobliskiego cmentarza komunalnego. Grób prawdopodobnie się nie zachował, ale może księgi cmentarne powiedzą coś więcej. Przypuszczalnie nawet najbliższa rodzina, w tym moja babcia, nie uczestniczyła w pogrzebie Antoniego...

Sprawdziłem – pod adresem, gdzie – jak przeczytałem w artykule – mieszkał i zastrzelił się mój krewny, stoi dzisiaj piętrowy dom  jednorodzinny…

środa, 5 grudnia 2012

Weryfikacja


Ślady po bracie mojego pradziadka Józefa Rogalskiego zacierają się. Był – tyle wiadomo. Zmarł – nietypowo. Powiesił się? Raczej zastrzelił. Chyba miał żonę. Dzieci? – nie wiadomo. Jak miał na imię? Czym się zajmował? – pytania bez odpowiedzi...

Bez większego przekonania – rutynowo – sprawdzam Bazę Systemu Indeksacji Archiwalnej. Wyszukiwarka wyświetla długą listę osób o nazwisku Rogalski. Wpisów w ostatnim czasie przybyło. Wśród nich – informacje o narodzinach Antoniego Rogalskiego i Julianny Rogalskiej.  Oboje okazali się być starszym rodzeństwem Józefa! Mój pradziadek miał więc zarówno brata – o którym miałem dotychczas bardzo mgliste pojęcie – jak i siostrę – o której istnieniu z kolei w ogóle nie wiedziałem.

Niechlubna śmierć ściągnęła na brata pradziadka rodzaj rodzinnego ostracyzmu: jego imię praktycznie wymazano z drzewa genealogicznego. Wśród najbliższych zapanowała zmowa milczenia na ten temat. Czy odnaleziony Antoni jest właśnie bratem-samobójcą? Na razie mogę jedynie tylko tak przypuszczać. Liczę jednak, że uda mi się niedługo zweryfikować te informacje.

Na marginesie aktów urodzenia Antoniego i Julianny dopisano również datę i miejsce ich zgonów. Oboje zmarli w Poznaniu, krótko po zakończeniu drugiej wojny światowej. Na myśl przyszła mi dostępna w bibliotece cyfrowej książka adresowa Poznania z lat międzywojennych. Sprawdziłem: w mieście mieszkał wówczas tylko jeden Antoni Rogalski i jedna Julianna Rogalska. Czy te osoby to moi krewni? Nie wiem. Wysoce prawdopodobne jest, że Julianna, wychodząc za mąż, zmieniła nazwisko.

Urząd stanu cywilnego niestety nie udostępni mi danych Antoniego i Julianny. Jestem jedynie zstępnym ich brata, co – w myśl przepisów – nie upoważnia mnie do wglądu w akta zgonu. Pozostają poszukiwania w poznańskich parafiach.

Pierwsza próba ustalenia ostatniego miejsca zamieszkania i parafii, na terenie której zmarli Antoni i Julianna, nie powiodła się. Założyłem, że osoby z książki adresowej są tymi właściwymi. Ten trop prowadził do parafii w dekanacie śródmiejskim: Świętego Marcina i Bożego Ciała. Wysłałem maile do biur parafialnych z pytaniem o możliwość sprawdzenia wpisów w księgach zgonów. Niestety, w żadnym z nich nie znaleziono osób o takim nazwisku. Mile zaskoczyło mnie jednak poważne potraktowanie mojej prośby. Proboszcz jednej z tych parafii osobiście do mnie oddzwonił, informując że przeszukano zarówno księgi zgonów, jak i księgi cmentarne.

Kolejna próba – kontakt z parafią pw. Ducha Świętego w poznańskim Antoninku. Ktoś niedawno wspomniał, że być może brat-samobójca mieszkał właśnie w tej części miasta, włączonej w granice miasta w 1940 r. Teraz jednak zastanawiam się, czy przypadkiem sugestia Antonika nie wzięła się z błędnego skojarzenia z imieniem brata pradziadka. Zwyczajne przeinaczenie faktów. Czas zaciera wspomnienia. Sprawdzić jednak nie zaszkodzi.

Pozostaje jeszcze inna kwestia. Obecnie obowiązujący Kodeks Prawa Kanonicznego nie wymienia samobójców jako tych, którym powinno się odmówić pogrzebu kościelnego. Zmiana przepisów nastąpiła jednak dopiero w latach 80. poprzedniego stulecia. Pogrzeb brata mojego pradziadka prawdopodobnie był więc ceremonią świecką. W księgach parafialnych fakt ten mógł nie być nawet odnotowany. Pewności jednak nie mam.

Historii rodzinnej nie naprawię. Mogę jedynie starać się odkryć jej prawdziwy przebieg.

czwartek, 2 lutego 2012

Domysły


Setki nowych osób wysypały się z ksiąg metrykalnych z Pątnowa, Dzietrznik i Rudy. Przewinąłem grube szpule mikrofilmów. Okazało się, że gdy dobrnąłem do końca, należałoby zacząć cały proces od początku. Część nazwisk – wcześniej zupełnie mi obcych – w trakcie przesuwania taśm nagle wdzierała się do mojej rodziny. Niestety łódzkie archiwum podzieliło moje zamówienie na części. Wpierw przesłano mi księgi obejmujące lata wcześniejsze. Nie pozwoliło to na prowadzenie poszukiwań w typowy sposób, cofając się wstecz.  Ile osób w ten sposób pominąłem, nie wiedząc, że kilkanaście, kilkadziesiąt, a może kilkaset metryk dalej staną się one moimi krewnymi?

Dopisało mi jednak szczęście. Kwestię powtórnego małżeństwa mojego prapradziadka i przyrodniego rodzeństwa pradziadka udało mi się rozwiązać. Jednocześnie jednak nowe fakty, który przy okazji wypłynęły, postawiły kolejne pytania.

Moi prapradziadkowie - Antoni Witaszek i Maria Jastrzębska - pobrali się w kościele parafialnym w Pątnowie w lutym 1874 r. Pięć lat później, w styczniu 1878 r., urodził się mój pradziadek. Szybko jednak - o czym wiedziałem już wcześniej - został półsierotą. Maria zmarła w grudniu 1879 r. Niezwykle zaskoczyła mnie jednak data kolejnego ślubu owdowiałego prapradziadka - zaledwie kilka tygodni po pogrzebie pierwszej żony.  W styczniu 1880 r. Antoni Witaszek ożenił się z Antonią Lach. Najwyraźniej więc żałoba w rodzinie długo nie trwała. Wkrótce też w małżeństwie tym na świat przyjdzie troje dzieci, będące przyrodnimi siostrami i bratem mojego pradziadka.

Sytuacja komplikuje się, kiedy zaczynam zastanawiać się, dlaczego po śmierci swojej żony Antoni Witaszek nie zajął się wychowaniem swojego syna, mającego w tym momencie niecałe dwa lata. Żeniąc się powtórnie, pozostawił dziecko z pierwszego małżeństwa u swoich teściów. Poza tym, nie on – jako wdowiec - zgłosił w parafii zgon Marii, lecz zrobił to teść, Michał Jastrzębski.

Czyżby małżeństwo Antoniego i Marii nie było zbyt udane? Na ślad rozwodu nigdzie się nie natknąłem. Być może jednak już wcześniej prapradziadkowie nie mieszkali wspólnie? Być może po prostu śmierć Marii spowodowała, że związek Antoniego z macochą mojego pradziadka mógł zostać pobłogosławiony przed ołtarzem?

Tego nie wiem. I pewnie już nigdy się nie dowiem. Urzędnicze i parafialne księgi przekazują jedynie oficjalne fakty, zebrane w rubrykach formułki. O prawdziwych relacjach rodzinnych nikt mi już nie opowie. Pozostają domysły…