Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rogalscy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rogalscy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2015

Spisane czyny i rozmowy

"Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta 
Możesz go zabić - narodzi się nowy. 
Spisane będą czyny i rozmowy"
                
- Cz. Miłosz, Który skrzywdziłeś

Poszukiwania genealogiczne wyłącznie na własny użytek pozbawione są sensu. Zgubny jest tu egoizm, niedopuszczający wyciec odkrytym losom przodków poza własne ramy. Najwięcej satysfakcji daje odtworzona historia ubrana w słowa. Wtedy słuchać mogą jej inni. 

O pradziadku Józefie Rogalskim w ubiegłym tygodniu ukazał się artykuł w szamotulskim dodatku do Głosu Wielkopolskiego. Dzisiaj tekst pojawił się na stronie internetowej Szamotuł. 


Dzień Szamotulski. Głos Wielkopolski z dnia 30 stycznia 2015, str. 12-13.


Losy pradziadka potoczyły się jak lawina - jedna błaha sytuacja pociągnęła za sobą katastrofalne skutki. Tempo następujących po sobie wydarzeń - donosu do wojskowego zwierzchnika, aresztowania, przesłuchania, wyroku, osadzenia w więzieniu i śmierci - zaskakuje. Zresztą, analizując dokumenty odnalezione w archiwach IPN-u, nie potrzeba wielkiej wnikliwości, by dostrzec tendencyjne podejście wymiaru sprawiedliwości do osoby pradziadka. Zakończenie jego historii było już napisane w momencie zetknięcia się z opresyjnym systemem. W kolejnych dniach i miesiącach życie dopowiedziało szczegóły.

Możliwość opowiedzenia o dramacie, jakiego doświadczył Józef Rogalski, daje satysfakcję. Dojmujące pozostaje jednak wrażenie, że stało się to trochę za późno. Najbliżsi pradziadka, jego żona Józefa oraz ich troje dzieci (wśród nich moja babcia Bożena), nigdy nie poznali prawdy. 

Link: http://szamotuly.naszemiasto.pl/artykul/jozef-rogalski-zapomniany-bohater-z-szamotul,3274193,artgal,t,id,tm.html.


środa, 20 listopada 2013

Identyfikacja

Wśród pamiątek po pradziadku Józefie Rogalskim mam kilka grupowych zdjęć z okresu międzywojennego. Anonimowe miejsca, nieznane twarze, zamierzchłe czasy. Identyfikacja sfotografowanych osób sprawia kłopot. Pradziadka łatwo zauważyć - nad jego głową postawiono długopisem krzyżyk. Ktoś w ten sposób trwale uszkodził kilka cennych zdjęć...

W archiwach Instytutu Pamięci Narodowej znalazłem życiorys Józefa. Teraz więc trochę łatwiej analizować zdjęcia. Zrobiono je w Modlinie. Tam, przed 1930 r., pradziadek był instruktorem w Centrum Wyszkalania Saperów. W Modlinie również odbywał kurs wałmistrzów, po którym, w 1932 r., przeniesiony został do Szefostwa Fortyfikacji Lwów. 

Modlin, ok. 1930 r. Archiwum rodzinne - Maciej Witaszek.

W odpowiedzi na pytanie, kiedy zrobiono powyższą fotografie, pomaga coś jeszcze. To troje dzieci, które przypadkiem zmieściły się w kadrze. Stoją w prawym górnym narożniku, niedaleko pradziadka Józefa - ich ojca. Tak, ta trójka to rodzeństwo: moja babcia Bożena, jej starsza siostra i starszy brat. Szczegół, dzięki któremu wiem, że zdjęcie zrobiono ok. 1930 r. Babcia miała wtedy cztery lata.


Modlin, ok. 1930 r. Archiwum rodzinne - Maciej Witaszek.

Podobnych zdjęć jest więcej. Dziesiątki nierozpoznanych twarzy. Inne fotografie przedstawiają ówczesne życie towarzyskie wojskowych. Na poniższym obrazku - bal w Modlinie. Wśród gości, w ostatnich rzędach, moi pradziadkowie. Kim są pozostali uczestnicy?...

Bal w Modlinie, lata 30. XX w. Archiwum rodzinne - Maciej Witaszek.

piątek, 15 listopada 2013

Inny głos

Teraz, gdy moi bliscy nie żyją, ich historię opowiadają inni. O istnieniu niektórych osób, z którymi w przeszłości splatały się losy mojej rodziny, nie wiedziałem. Teraz ich wspomnienie do mnie dociera. Wspomnienie wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat, z odległego zakątka dzisiejszej Ukrainy. Dużą przyjemność daje taka nowa perspektywa, z której obejrzeć można wycinek życia swoich przodków. Ale jeszcze większą - gdy usłyszeć można o nich coś, o czym nie miało się pojęcia...

Żuławy Wiślane - tzw. Ziemie Odzyskane. Tu mieszka pani W. z Dawidowiczów. Przeczytawszy wpisy na blogu, odezwał się do mnie niedawno jej syn. U Dawidowiczów moi pradziadkowie, Józef i Józefa Rogalscy, wraz z trójką dzieci - w tym moją babcią Bożeną - wynajmowali na Pańskiej Dolinie pokój. Lista adresów, pod którymi w czasie wojny mieszkali, jest bardzo długa. Pańska Dolina to zatem jeden z wielu przystanków w ich wołyńskiej wędrówce. Nigdzie nie zostawali dłużej. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie przyszła od pani W. 

Internet: http://www.wolyn.ovh.org/opisy/panska_dolina-01.html.

Pradziadek był oficerem Wojska Polskiego. To obawa przed wywózką na Sybir była główną przyczyną częstych przeprowadzek Rogalskich. Po dłuższym pobycie w Łucku, postanowili oni przenieść się na wieś. Do Dawidowiczów sprowadził ich w 1940 r. Baranowski - też mieszkaniec Pańskiej Doliny, przypuszczalnie znajomy pradziadka. W domu Baranowskich trzy lata później organizowała się siedziba polskiej samoobrony przed oddziałami UPA. Rogalscy mieszkali na Pańskiej Dolinie niecałe dwa lata. Po wkroczeniu wojsk niemieckich w lipcu 1941 r. wyprowadzili się z powrotem do Łucka. W późniejszym czasie losy obu rodzin, Dawidowiczów i Rogalskich, jeszcze raz się zetknęły. W 1943 r., gdy nasiliły się ataki ukraińskich partyzantów, Dawidowiczowie postanowili wyprowadzić się do miasta, licząc, że tam będzie bezpieczniej. Trafili do Łucka, gdzie osiąść pomogli im Rogalscy, których mieszkanie tuż przy łuckim zamku pamięta pani W. Z zapisków mojej babci znam dokładny adres: ul. Lubarta 1a. Dom ten stoi do dziś. Jest w nim restauracja, którą, będąc ostatnio na Ukrainie, odwiedziłem.

Później drogi Dawidowiczów i Rogalskich się rozeszły. Pani W. przez lata nie wiedziała, co stało się z moją babcią i jej bliskimi. Tymczasem obie rodziny (z wyjątkiem mojego pradziadka) po wojnie w ramach  akcji repatriacyjnej przyjechały do Polski.

Niedawno w tej sprawie pojawił się jeszcze inny głos. To pamięć Ukrainki, pani H., która wychowała się na Pańskiej Dolinie. Staruszka mieszka obecnie w Łucku. Jej nazwisko odnalazłem na mapce Pańskiej Doliny z lat 40. Dotarła do niej pani Maria, którą poznałem na Ukrainie - bardzo zaangażowana w moje poszukiwania. Wczoraj wysłałem do niej kilka zdjęć pradziadków i babci. Czy pani H. ich pamięta? Co będzie mogła mi na ich temat powiedzieć? Niebawem się przekonam...

środa, 23 stycznia 2013

Drugorzędni


„Exegi monumentum aere perennius (…)”
                                                            – Horacy

Większości z nas nie udaje się na dłużej zapisać w pamięci potomnych. Sam fakt urodzenia i śmierci to dokonanie zbyt małe, by zbudować sobie trwalszy pomnik. Grób i tabliczka z nazwiskiem na cmentarzu zwykle nikną po kilkudziesięciu latach. Czasem nawet szybciej. Dopóki żyją ci, którzy nas pamiętają, którzy nas znali, trwamy w ich wspomnieniach. Później nasze miejsce zajmą nowe pokolenia.

Prowadząc poszukiwania genealogiczne, zwykle skupiamy się na przodkach w linii prostej. Za cel stawiamy sobie sięgnąć jak najdalej wstecz. Linie boczne traktujemy drugorzędnie, marginalizujemy je. To w nich jednak jest najwięcej osób, po których ślady istnienia znikają najszybciej: bezpotomnych.

Składając gałęzie rodziny Rogalskich – moją i Małgosi Nowaczyk – powstał rozbudowany wykres (post Pod prąd), dzięki któremu pamięć o naszych wspólnych przodkach oraz ich bliskich z bocznych linii będzie trwała może trochę dłużej niż przeciętnie. W innej formie niż kiedyś – okrojonej, uboższej, sprowadzonej do pozbawionych głębszego kontekstu krótkich wzmianek. Imiona oraz daty i miejsca, z którymi wiążą się najważniejsze wydarzenia poszczególnych osób, mogą niewiele mówić. Niekiedy pozostaje spore pole dla naszej wyobraźni.

Wykres Rogalskich zawiera wyjątkowo dużo osób, które nie dożyły pełnoletniości. Przykładowo: spośród dzieci Wawrzyńca i Reginy przeżył tylko Mateusz, czworo jego rodzeństwa zmarło przed ukończeniem osiemnastu lat. Prapradziadek Michał z kolei miał siedmioro rodzeństwa, z którego – jak dotychczas ustaliłem – troje zmarło, przeżywszy zaledwie rok. Wszyscy umierali na gruźlicę. Zgony przypadały w dość dużych odstępach czasowych. Źródłem zakażenia mogły być prątki przeniesione od chorego, które potrafią uwolnić się po kilku latach. Rozwojowi choroby sprzyjają też niekorzystne warunki higieniczne panujące w domu. Rodzina  kilkakrotnie zmieniała miejsce zamieszkania. Z Nowej Wisi koło Kaźmierza przenieśli się do Gorszewic. Z Gorszewic do Gaju Wielkiego, następnie do Stramnicy, znowu do Gaju Wielkiego i na końcu – do Młodaska. W poszczególnych miejscowościach rodziły się i umierały kolejne dzieci. Można doszukiwać się zależności w szerzącej się w domu Rogalskich gruźlicy i częstych przeprowadzkach. Czy w kolejnych miejscach szukali oni dla siebie lepszych warunków?  

Analizując rozwijanie się bocznych linii naszych przodków, całościowy obraz rodziny staje się pełniejszy. Wiele kwestii możemy sobie dopowiedzieć. Czasem pozostaną one tylko w formie przypuszczeń.

niedziela, 20 stycznia 2013

Pod prąd


Poszukiwania genealogiczne – wyprawa pod prąd. Czas niesie kolejne pokolenia. My próbujemy iść wstecz, wbrew chronologii: z teraźniejszości w przeszłość. Coraz dalej...

Udało się! Po kilkunastu miesiącach wspólnych poszukiwań dwie rozrośnięte gałęzie rodzinne – Małgosi Nowaczyk i moja – połączyły się. Kazimierz Rogalski alias Rogal urodzony w 1755 r. w Grzebienisku w parafii Ceradz Kościelny – trzykrotnie żonaty i posiadający dziesięcioro dzieci – jest naszym wspólnym przodkiem.
Wielodzietność rodzin oraz znaczna rozpiętość wiekowa między rodzeństwem sprawiły, 
że znaleźliśmy się z Małgosią na różnych poziomach pokoleniowych.
Rys. M. Witaszek.

Od początku było jasne, że nasze linie wywodzą się z jednego pnia. Przez dłuższy czas wydawało się jednak, że dowodów na to nie znajdziemy. Zawiłości w nazwiskach w księgach parafialnych, mnogość małżeństw, powtarzalność imion w jednej rodzinie i – wreszcie – wybrakowanie ksiąg stworzyły mur, zdawało się, nie do przebicia. W którymś momencie pogodziliśmy się z tym, że choć jesteśmy rodziną, to stopień naszego pokrewieństwa na zawsze już pozostanie niejasny. 

Konfiguracji, w których można było dopasować oba drzewa, było wiele. Każdy układ wydawał się potencjalnie możliwy. W wielodzietnych chłopskich domach rozpiętość między najstarszym a najmłodszym dzieckiem bywała tak duża, że bardzo trudno nam było określić nawet poziom pokoleniowy danej osoby. Mateusz, od którego przez dłuższy czas wyrastała moja gałąź, mógł być potomkiem Kazimierza, ale równie dobrze jego kuzynem. Ostatecznie okazał się być jego wnukiem.

Początki wiązania obu linii rodzinnych sięgają stycznia 2011 r. Zaczęło się od książki Małgosi Nowaczyk Poszukiwania przodków. Genealogia dla każdego. Trafiłem na nią raczej przypadkiem, wypożyczając w lokalnej bibliotece. W środku – miła niespodzianka. W jednym z rozdziałów Małgosia pisze o pochodzącej z wielkopolskiej parafii w Ceradzu Kościelnym rodzinie swojej prababci, Mariannie z Rogalskich Nowaczyk. Czytając ten fragment, czułem, że mam przed sobą opis moich dalekich krewnych. Książka stała się jednocześnie pretekstem, by odwiedzić miejscowość, z której pochodzili Rogalscy. Na tamtejszym cmentarzu znalazłem nawet kilka grobów osób o tym nazwisku.

O Ceradzu Kościelnym, jako parafii moich przodków, dowiedziałem się zaledwie kilka lat wcześniej, przeszukując księgi metrykalne. Wśród moich notatek zrobionych w archiwach znalazłem uwagę o chrzcie Marianny Rogalskiej, prababci Małgosi. Zapisując jej nazwisko, powiązania wprost z moją rodziną nie było. Z pozoru nieistotna informacja po latach okazała się niezwykle cenna.

Wkrótce drogą mailową wymieniliśmy się z Małgosią zebranymi dotychczas danymi. Mieliśmy dwie rozbudowane linie Rogalskich wychodzące z jednego miejsca. Brakowało tylko łączącego je węzła.    

Równolegle próbowaliśmy rozwiązać zagadkę Rogalskich: Małgosia w Hamilton w Kanadzie, korzystając ze zmikrofilmowanych ksiąg parafialnych z zasobów Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich w Salt Lake City, ja – przeszukując w Poznaniu zbiory kościelnych i państwowych archiwów. Wkrótce zaczęliśmy się gubić w gąszczu nowych imion. Szybko  utknęliśmy w martwym punkcie. Obojgu nam zdawało się, że brakuje ceradzkich ksiąg metrykalnych z pierwszych lat XIX w., czyli z okresu gdy urodził się Mateusz, najstarszy ze znanych mi wówczas przodków. Tymczasem jedynie akt chrztu Mateusza mógł wyjaśnić, kim byli jego rodzice i jaka nić pokrewieństwa łączyła go z drugą linią Rogalskich.  

Dodatkowo narosło kilka innych problemów. W poszukiwaniach Małgosi spore zamieszanie wywołały trzy małżeństwa Kazimierza. Na wsiach żałoba po śmierci żony gospodarza długo trwać nie mogła. Czysto praktyczne pobudki, jak opieka nad dziećmi i domem, decydowały o w miarę szybkiej organizacji kolejnego ślubu. Stąd niekiedy trudno było rozpoznać, kto był rodzoną, a kto przybraną matką dzieci Kazimierza. Nawet proboszcz odnotowujący poszczególne wydarzenia rodzinne w parafialnych księgach mylił się w imionach żon Rogalskiego. Trudności nastręczały też imiona dzieci. Przykładowo: Kazimierz miał dwóch synów Wojciechów. Gdy pierwszy zmarł, urodzony kilka lat później chłopiec dostał imię brata. Taki przypadek nie był jedyny.   

W moich poszukiwaniach – problemy podobne. Nazwisko żony Mateusza, Józefy, zapisywano raz jako Wilczyńska, kiedy indziej – Grygier. Dokładnie analizując księgi metrykalne, można  było stwierdzić jednak, że jest to jedna osoba.

Po kilkunastu miesiącach, w lutym 2012 r., dotarłem ponownie do Archiwum Archidiecezjalnego w Poznaniu. W indeksie dostępnych mikrofilmów znaleźliśmy brakujące księgi z Ceradza Kościelnego. Jak mogliśmy wcześniej je przeoczyć? Do końca  nie wiemy. 

Powtórna wizyta w archiwum była punktem zwrotnym w poszukiwaniach. Akt chrztu Mateusza udało się odnaleźć. Urodził się on w 1808 r. jako syn Wawrzyńca i Reginy ze Stachowiaków, którzy pobrali się kilka miesięcy wcześniej. Akt chrztu Wawrzyńca z 1784 r., do którego w dalszej kolejności dotarliśmy, rozwiał wątpliwości: był on synem Kazimierza Rogalskiego i jego pierwszej żony Małgorzaty. Wojciech, przodek Małgosi, był o dwanaście lat młodszym przyrodnim bratem Wawrzyńca – z drugiego małżeństwa Kazimierza.

Wydawało się niemożliwe. Spotkaliśmy się jednak, idąc pod prąd. Nasze ścieżki się przecięły. Włożony wysiłek nie poszedł marne. Efekt wspólnej pracy widać na wykresie, łączącym obie linie rodzinne.  


poniedziałek, 31 grudnia 2012

Wyrok

„Dnia 18 lutego 1945 r. Wojskowy Sąd 1 Armii Wojska Polskiego ustalił na przewodzie sądowym, że oskarżony (…) publicznie, w obecności żołnierzy swojej jednostki, będąc zastępcą dowódcy kompanii do spraw polityczno-wychowawczych znieważał ustrój Państwa Polskiego, wychwalał rząd emigracyjny, czym popełnił przestępstwo przewidziane art. 103 KKWP. Na podstawie powyższych Sąd orzekł Józefa Rogalskiego syna Michała skazać (…) na karę więzienia przez lat dziesięć, (…) na karę pozbawienia praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na przeciąg lat trzech oraz na przepadek całego mienia (…).”

Piątek, 28 grudnia 2012 r. Po trwającej blisko rok kwerendzie Instytut Pamięci Narodowej udostępnił mi część dokumentów dotyczących pradziadka Józefa Rogalskiego, podoficera zawodowego, więźnia politycznego w latach powojennych, zmarłego w marcu 1946 r. podczas odbywania kary we Wronkach. W osłupienie wprawia tempo następujących po sobie wydarzeń: przesłuchanie w prokuraturze wojskowej, aresztowanie, niepodlegający apelacji wyrok sądu wojskowego, wreszcie – osadzenie w więzieniu. Kilkanaście dni, które na zawsze już boleśnie odcisnęły swoje piętno w historii rodziny.

Po prawie siedemdziesięciu latach od śmierci Józefa w moich rękach znalazły się dokumenty z jego procesu. Przed oczami mam nazwiska składu orzekającego, oskarżyciela, świadków, wreszcie – jego zwierzchnika-donosiciela. Wpatruję się w opinię lekarza więziennego, który jako przyczynę zgonu podał gruźlicę płuc i jelit. Co faktycznie kryje się pod tym stwierdzeniem? Przyglądam się wreszcie prośbie skierowanej do prokuratury o ułaskawienie pięciu więźniów z Wronek. Nazwisko mojego pradziadka zostało przekreślone – nie doczekał bowiem rozpatrzenia wniosku.

Przykre, że ani żona, ani żadne z trojga dzieci Józefa – wśród nich moja babcia, która zmarła w sierpniu 2004 r. – nie doczekali momentu odtajnienia materiałów z procesu. Nigdy nie poznali prawdy. 

piątek, 14 grudnia 2012

„Pozbawił się życia wystrzałem z rewolweru”


„W jednym z poznańskich komisariatów MO zgłoszono, że w mieszkaniu przy ul. Browarnej (…) znajduje się trup mężczyzny. Przybyła na miejsce milicja stwierdziła, że jest to niejaki Antoni Rogalski, zamieszkały tamże, który pozbawił się życia wystrzałem z rewolweru. Dalsze dochodzenie w celu ustalenia przyczyny samobójstwa w toku.”

Takiej treści artykuł znalazłem dzisiaj w archiwalnym wydaniu Głosu Wielkopolskiego z 10 stycznia 1948 r. Moją uwagę przykuł sensacyjny tytuł: „Pozbawił się życia wystrzałem z rewolweru”. Wzmianka bez cienia wątpliwości dotyczy brata mojego pradziadka, którego historię próbuję od dłuższego czasu odtworzyć! Bezpardonowa dziennikarska demaskacja – upubliczniająca nazwisko i dokładny adres samobójcy – jest dla mnie dzisiaj miłą niespodzianką. 

Pomysł, żeby sprawdzić lokalne gazety przyszedł mi do głowy dopiero wczoraj. Poznańska biblioteka miejska przechowuje wszystkie archiwalne numery najważniejszych dzienników wielkopolskich. Liczyłem, że rodzina zamieściła nekrolog, informujący o śmierci brata mojego pradziadka, Antoniego. Datę zgonu – podobnie zresztą jak jego imię – poznałem zaledwie kilkanaście dni temu. Okoliczności, w jakich zakończył życie, były jedynie domysłem. Tymczasem natknąłem się dzisiaj na wiadomość, która rozwiała zupełnie moje wątpliwości i odsłoniła nowe fakty.

Ulica Browarna leży w poznańskim Antoninku. Trop był więc słuszny. Proboszcz tamtejszej parafii nie znalazł w księdze zgonów z 1948 r. Antoniego Rogalskiego. Samobójcza śmierć prawdopodobnie była powodem, dla którego odmówiono mu katolickiego pogrzebu. Teraz czekam na odpowiedź od zarządcy pobliskiego cmentarza komunalnego. Grób prawdopodobnie się nie zachował, ale może księgi cmentarne powiedzą coś więcej. Przypuszczalnie nawet najbliższa rodzina, w tym moja babcia, nie uczestniczyła w pogrzebie Antoniego...

Sprawdziłem – pod adresem, gdzie – jak przeczytałem w artykule – mieszkał i zastrzelił się mój krewny, stoi dzisiaj piętrowy dom  jednorodzinny…

środa, 5 grudnia 2012

Weryfikacja


Ślady po bracie mojego pradziadka Józefa Rogalskiego zacierają się. Był – tyle wiadomo. Zmarł – nietypowo. Powiesił się? Raczej zastrzelił. Chyba miał żonę. Dzieci? – nie wiadomo. Jak miał na imię? Czym się zajmował? – pytania bez odpowiedzi...

Bez większego przekonania – rutynowo – sprawdzam Bazę Systemu Indeksacji Archiwalnej. Wyszukiwarka wyświetla długą listę osób o nazwisku Rogalski. Wpisów w ostatnim czasie przybyło. Wśród nich – informacje o narodzinach Antoniego Rogalskiego i Julianny Rogalskiej.  Oboje okazali się być starszym rodzeństwem Józefa! Mój pradziadek miał więc zarówno brata – o którym miałem dotychczas bardzo mgliste pojęcie – jak i siostrę – o której istnieniu z kolei w ogóle nie wiedziałem.

Niechlubna śmierć ściągnęła na brata pradziadka rodzaj rodzinnego ostracyzmu: jego imię praktycznie wymazano z drzewa genealogicznego. Wśród najbliższych zapanowała zmowa milczenia na ten temat. Czy odnaleziony Antoni jest właśnie bratem-samobójcą? Na razie mogę jedynie tylko tak przypuszczać. Liczę jednak, że uda mi się niedługo zweryfikować te informacje.

Na marginesie aktów urodzenia Antoniego i Julianny dopisano również datę i miejsce ich zgonów. Oboje zmarli w Poznaniu, krótko po zakończeniu drugiej wojny światowej. Na myśl przyszła mi dostępna w bibliotece cyfrowej książka adresowa Poznania z lat międzywojennych. Sprawdziłem: w mieście mieszkał wówczas tylko jeden Antoni Rogalski i jedna Julianna Rogalska. Czy te osoby to moi krewni? Nie wiem. Wysoce prawdopodobne jest, że Julianna, wychodząc za mąż, zmieniła nazwisko.

Urząd stanu cywilnego niestety nie udostępni mi danych Antoniego i Julianny. Jestem jedynie zstępnym ich brata, co – w myśl przepisów – nie upoważnia mnie do wglądu w akta zgonu. Pozostają poszukiwania w poznańskich parafiach.

Pierwsza próba ustalenia ostatniego miejsca zamieszkania i parafii, na terenie której zmarli Antoni i Julianna, nie powiodła się. Założyłem, że osoby z książki adresowej są tymi właściwymi. Ten trop prowadził do parafii w dekanacie śródmiejskim: Świętego Marcina i Bożego Ciała. Wysłałem maile do biur parafialnych z pytaniem o możliwość sprawdzenia wpisów w księgach zgonów. Niestety, w żadnym z nich nie znaleziono osób o takim nazwisku. Mile zaskoczyło mnie jednak poważne potraktowanie mojej prośby. Proboszcz jednej z tych parafii osobiście do mnie oddzwonił, informując że przeszukano zarówno księgi zgonów, jak i księgi cmentarne.

Kolejna próba – kontakt z parafią pw. Ducha Świętego w poznańskim Antoninku. Ktoś niedawno wspomniał, że być może brat-samobójca mieszkał właśnie w tej części miasta, włączonej w granice miasta w 1940 r. Teraz jednak zastanawiam się, czy przypadkiem sugestia Antonika nie wzięła się z błędnego skojarzenia z imieniem brata pradziadka. Zwyczajne przeinaczenie faktów. Czas zaciera wspomnienia. Sprawdzić jednak nie zaszkodzi.

Pozostaje jeszcze inna kwestia. Obecnie obowiązujący Kodeks Prawa Kanonicznego nie wymienia samobójców jako tych, którym powinno się odmówić pogrzebu kościelnego. Zmiana przepisów nastąpiła jednak dopiero w latach 80. poprzedniego stulecia. Pogrzeb brata mojego pradziadka prawdopodobnie był więc ceremonią świecką. W księgach parafialnych fakt ten mógł nie być nawet odnotowany. Pewności jednak nie mam.

Historii rodzinnej nie naprawię. Mogę jedynie starać się odkryć jej prawdziwy przebieg.

środa, 2 marca 2011

Dyskretne podpowiedzi

Dotarła do mnie dzisiaj z Urzędu Stanu Cywilnego we Wronkach kserokopia aktu zgonu mojego pradziadka Józefa Rogalskiego. Po cichu liczyłem, że może - z uwagi na okoliczności śmierci - gdzieś na marginesie znajdę jakiś intrygujący dopisek. Łudziłem się, że naprowadzi mnie on na nowy trop, dyskretnie podpowie rozwiązanie zagadki. 

Dokument ma typową formę. Margines jest czysty. Ale sprawdzić - nie zaszkodziło. 

W rubryce "miejsce zamieszkania" podano nieaktualny adres pradziadków (Łuck, ul. Lubarta). Tymczasem - jeszcze przed drugą wojną światową wybudowali oni dom w Szamotułach. Prawdopodobnie jednak bali się, że go stracą. Poza karą więzienia, wydany w 1945 r. wyrok obejmował również przepadek mienia pradziadka. Dlatego też szamotulska posiadłość nie była oficjalnie jego własnością.

Osobą zgłaszającą zgon była strażniczka więzienna. Wszystkie dane dotyczące pradziadka i jego rodziny wypełniono więc na podstawie innych dokumentów. Dlatego też nie podano zawodu i miejsca zamieszkania rodziców. Na kserokopii jest jednak wyraźny podpis strażniczki oraz podane jej miejsce zamieszkania. Osoba ta być może znała prawdę o śmierci mojego pradziadka. Wiedziała, czy rzeczywiście go otruto. Forma jej nazwiska wskazuje, że była niezamężna. Mogła być więc po prostu stosunkowo młoda. Ciekawe, czy opowiadała później swoim najbliższym, czego była świadkiem, pracując w latach powojennych w Zakładzie Karnym we Wronkach. Mój pradziadek nie był przecież jedynym więźniem politycznym z tamtego okresu. Zresztą - nie on jeden nie doczekał wolności...

        

piątek, 25 lutego 2011

Okoliczności sprzyjające

Kilka dni temu wysłałem sondażowego maila do Urzędu Stanu Cywilnego we Wronkach. Chcąc otrzymać kserokopię aktu zgonu mojego pradziadka Józefa Rogalskiego, zapytałem, czy w ogóle jest to możliwe, a jeśli tak, to na jakich zasadach. Każdy urząd ma własne reguły wydawania takich dokumentów. Czasami kserokopii aktów nigdy się nie wydaje. 

Od kilku dni odpowiedzi nie było. Postanowiłem więc dowiedzieć się telefonicznie. Pan kierownik od razu skojarzył moje nazwisko i poinformował, że kserokopia interesującego mnie aktu zgonu została już wysłana na mój adres domowy. Bardzo miła niespodzianka.

Powodzenie naszych poszukiwań w dużym stopniu zależy od przychylności urzędników. Wspominałem niedawno o pomocy pracownic Urzędu Stanu Cywilnego w Szamotułach, które, nie znazłszy za pierwszym razem aktów zgonu moich prapradziadków, szukały dalej. Nazwisko praprababci nie zostało odnotowane w rejestrze zgonów. Mój prapradziadek natomiast zmarł w pociągu między Kiekrzem a Rokietnicą, dlatego informację o jego śmierci zapisano poza główym spisem zgonów mieszkańców Szamotuł.  Z kolei w innej, niewielkiej miejscowości pod Sierakowem odmówiono mi wydania kserokopii aktów stanu cywilnego moich przodków. Na odpis musiałem czekać prawie miesiąc, kilkakrotnie przypominając się telefonicznie.

Pradziadek Józef Rogalski, podoficer Wojska Polskiego, na którego kserokopię aktu zgonu czekam, zmarł w 1946 r. jako więzień polityczny, odbywając karę więzienia w Zakładzie Karnym we Wronkach. Okoliczności jego śmierci nie są jasne. Niewykluczone, że nie zmarł on śmiercią naturalną. W latach 70. miała miejsce ekshumacja jego zwłok, po której spoczął obok swojej żony na cmentarzu szamotulskim. Wówczas wciąż jeszcze - oficjalnie - jako zdrajca Polski Ludowej. Rehabilitacja więźniów politycznych z lat powojennych miała miejsce dopiero w latach 90. XX w.

W najbliższym czasie zamierzam złożyć podanie w poznańskim oddziale Instytutu Pamięci Narodowej o udostępnienie materiałów z procesu pradziadka. W zasobach archiwalnych znajduje się m.in. księga więźniów z Zakładu Karnego we Wronkach. Nie łudzę się jednak, że znajdę tam opis autentycznych okoliczności jego śmierci. Ale sprawdzić warto.   

sobota, 19 lutego 2011

Poszlaki

Ciemne zakamarki historii intrygują najbardziej. Owiane mgiełką tajemnicy, mroczne. Takie od lat przewijają się i w mojej rodzinie – podawane ściszonym głosem, pokątnie. Niektóre przykre, bolesne, czasem wstydliwe. Ale przecież – ludzkie.
W rodowodzie Rogalskich, z których pochodziła moja babcia, jedną z osób oznaczyłem jako N.N. - nomen nescio. To brat mojego pradziadka Józefa. Jak miał na imię, kiedy i gdzie się urodził, gdzie mieszkał, czy się ożenił, czy miał dzieci – nie wiem. Wiem tylko, jak zmarł - samobójczą śmiercią.
Historii nie zawrócę. Czy jednak mój krewny nie zasłużył na to, by poznać choć jego imię? Ze względu na sposób, w jaki rozstał się z tym światem, ma być na zawsze wyklęty z rodziny? Może tym bardziej warto wysilić się, by poznać motyw jego desperackiego kroku?
Tropów w tej sprawie zbyt wiele nie ma. Jedynym punktem zaczepienia jest historia mojego pradziadka Józefa. Losy obu braci musiały się przeplatać.
Śmierć Józefa jest równie zagadkowa. Nadaje mu jednak odcień bohaterskości: Józef, podoficer zawodowy, zmarł - być może przy współudziale osób trzecich - jako więzień polityczny w zakładzie karnym we Wronkach w 1946 r. Szczególnie hańbącą w tym kontekście mogła więc rodzinie Rogalskich wydawać się śmierć N.N. Może dlatego tak mało uwagi poświęcono jego osobie?

Od kilku dni strona po stronie przeglądam księgi urodzeń z końca XIX wieku z Urzędu Stanu Cywilnego w Szamotułach z obszaru wiejskiego. W Brodziszewie koło Szamotuł w 1894 r. urodził się mój pradziadek Józef. Liczę więc, że i N.N. się tam urodził. Może los się do mnie uśmiechnie i przypadkiem natrafię na wpis o narodzinach jeszcze jednego syna w małżeństwie Rogalskich? Na razie w całej tej sprawie zbyt wiele niejasności. Pozostają poszlaki. I czekanie na łut szczęścia.