niedziela, 10 listopada 2013

Pańska Dolina

 - A po co? Przecież tam nic nie ma. Nikt tam nie mieszka - pani Ludmiła jest wyraźnie zdziwiona, że ktoś pyta o drogę do Pańskiej Doliny. Dowiadujemy się jednak, że kierunek mamy dobry. Jeszcze kilka kilometrów prosto, potem trzeba skręcić w prawo. Tam bruk się kończy. Gruntową drogą możemy nie przejechać.

Droga do Pańskiej Doliny. Fot. Maciej Witaszek.

Jest początek maja. Pogoda nam nie sprzyja - słońce zasłaniają deszczowe chmury. W oddali grzmi. Widoki za to - nieziemskie. Linia horyzontu tworzy okrąg. Wokół same pola, gdzieniegdzie kępa drzew. Moment zwątpienia i myśl, czy nie zawrócić. Jedziemy jednak dalej.

Pańska Dolina leży w powiecie dubieńskim na południe od Łucka. W 1943 r. zawiązała się tu polska samoobrona przeciw oddziałom UPA, które czterokrotnie próbowały ją rozbić. Bezskutecznie. Napastnicy w każdym z ataków ponosili znaczne straty. Pańska Dolina stała się schronieniem dla setek Polaków.

Moja babcia, Bożena Rogalska, z rodzicami i rodzeństwem mieszkała tu w latach 40. Od niedawna wiem, że wyjechała stąd zanim nasiliły się pogromy dokonywane przez UPA. Kilka miesięcy temu, poprzez mój blog, skontaktowała się ze mną rodzina Dawidowiczów, u której moi przodkowie wynajmowali w Pańskiej Dolinie pokój. Rówieśnica mojej babci, mieszkająca obecnie na Żuławach Wiślanych, przez lata zastanawiała się, co stało się z Rogalskimi po wojnie. Od niej wiem, że tak częste przeprowadzki mojej rodziny - w tym pobyt w Pańskiej Dolinie - wynikały prawdopodobnie z obawy przed zsyłką na Syberię. Ostatecznie udało im się tego uniknąć, mimo to dalsze losy pradziadka potoczyły się tragicznie.

Pańska Dolina obecnie praktycznie nie istnieje. Nazwę miejscowości odnajduję na starej mapie. Obok jest niewielka ukraińska wioska; Dobratyńskie Nowiny to grupa zaledwie kilku domów. Jest tu też szkoła podstawowa. W tym miejscu kończy się droga. Zostawiamy samochód. W oddali widać już charakterystyczny las, tworzący w krajobrazie zwartą bryłę. To on wyznacza skraj kolonii, do niego sięgały kiedyś łany pól. Na początku wsi jest rozwidlenie, gdzie - według wspomnień dawnych mieszkańców - miał stać krzyż. Dom Dawidowiczów znajdował się kilkaset metrów dalej. Wiemy, że się nie zachował. Ale może został choć jakiś ślad?

Pańska Dolina. Fot. Maciej Witaszek.

Deszcz pada coraz mocniej. Grzęźniemy w błocie po kostki. Mamy jednak szczęście - jeden z mieszkańców Dobratyńskich Nowin nas wypatrzył i chce nam pomóc. Zrzuciwszy z wozu stos obornika, proponuje nam podwiezienie. Jedyna możliwość, by dotrzeć dalej. Okazja, która się nie powtórzy. Decydujemy się więc praktycznie bez zawahania.

Ukrainiec bardzo chce nam pomóc. Zaczyna intensywnie myśleć, kto mógłby ewentualnie pamiętać mieszkających tu kiedyś Polaków. Zapisujemy mu swój numer telefonu i interesujące nas nazwiska. Gdy przywozi nas z powrotem, przy naszym samochodzie jest już spore zbiegowisko. Wiadomość o naszym przybyciu rozeszła się po okolicy błyskawicznie. Teraz już całe grono próbuje skojarzyć rodzinę Rogalskich i Dawidowiczów. Ich wiek nie pozwala im pamiętać czasów drugiej wojny światowej, mimo to są nieugięci. To empatyczne podejście onieśmiela. Wręcz nas, Polaków, trochę zawstydza. Rozmawiając z mieszkańcami Dobratyńskich Nowin, mamy bowiem w głowie krzywdzące stereotypy o Ukraińcach powtarzane przez naszych rodaków. Nasłuchaliśmy ich sporo przed wyjazdem.

Wyprawa do Pańskiej Doliny kończy się w domu u pani Ludmiły, którą wcześniej, jadąc tu, spytaliśmy o drogę. Typowa wiejska chałupa. Kilka izb. W jednej z nich, w łóżku, staruszka - mama pani Ludmiły. To z jej powodu zostajemy tu przyprowadzeni. Ona może coś pamiętać - słyszymy. Okazuje się inaczej - historia była bardziej zawiła. Ukraińcy, żyjący tu dzisiaj, to przesiedleńcy z terenów obecnej Polski. Staruszka więc Polaków nie zna, sprowadziła się tu już bowiem po wojnie. Na zasadzie wymiany, ruchy migracyjne były dwukierunkowe. Zadziwiająco dobrze mówi natomiast po polsku. Przez lata nie miała z kim w tym języku porozmawiać.

Po kilku godzinach wyjeżdżamy z Pańskiej Doliny. Temat jednak nie zostaje zamknięty. Niedawno dostaliśmy list od jednej z osób ze zbiegowiska wokół naszego samochodu. Pani Maria - będąca pod dużym wrażeniem wysiłku, jaki włożyliśmy w organizację naszej podróży śladami dziadków - dotarła do starszej kobiety, mieszkającej w Łucku, która pamięta gospodarstwo Dawidowiczów. Podobno zarośnięte szczątki tego domu jeszcze można zobaczyć. Pani Maria sama je odszukała. Teraz zaprasza nas ponownie do Pańskiej Doliny. Skuszeni dobrymi wieściami, może kiedyś wrócimy?... Oby tylko w lepszą pogodę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz